piątek, 28 października 2011
Kultura.
Byłam ostatnio po raz drugi na "Nędznikach" w Romie.
Pół spektaklu przepłakałam.
Przy okazji zakupiłam płytę.  Ciągle słucham i nie mogę przestać. Z każdym przesłuchaniem kocham tę muzykę bardziej i bardziej.
Kupiłam bilety na grudzień dla siebie, Mamy, Teściowej, Siostry i Cioci (siostry Mamy). Takie babskie wyjście po Świętach.
Szaleństwo, czyste szaleństwo. Jak narkotyk.
Uwielbiam Les Mis, choć tak późno odkryłam.
Sama jestem ciekawa ile razy jeszcze pójdę do Romy, zanim zdejmą ten musical z afiszy.

W ramach ukulturalniania idę też w grudniu do Sali Kongresowej na Balet Moskiewski - podobno najlepszy na świecie. Też po raz trzeci, ale inaczej :) Balet Moskiewski przyjeżdża do nas raz w roku w grudniu i razem z siostrą cioteczną zrobiłyśmy sobie taką nową świecką tradycję, że idziemy we dwie popodziwiać. Dwa lata temu byłyśmy na "Jeziorze Łabędzim", rok temu na "Dziadku do orzechów", a w tym roku wybieramy się na "Romea i Julię". Nie jestem wielką fanką baletu, ale to co oni wyczyniają jest nadludzkie. Piękne i niesamowite. Jestem pełna podziwu dla tancerzy, bo pomijając pasję i talent, nie wyobrażam sobie ile pracy, czasu, wyrzeczeń i poświęcenia jest potrzebne, aby osiągnąć takie mistrzostwo.
09:30, maverick.001 , Różności.
Link Komentarze (1) »
wtorek, 13 września 2011
Plan.

Postanowiłam się ogarnąć. Bo ostatni rok uważam w pewnym sensie za stracony. Weszłam w niego z rozpędem i dużą energią, które to następnie gwałtownie utraciłam. Zmiana pracy na gorszą, ogromne negatywne emocje w pracy, stres, choroby dzieci, choroby moje - i wiele pomniejszych konsekwencji tych wydarzeń - wszystko to spowodowało, że nie miałam motywacji, chęci, siły i energii do działania. Na nic nie miałam czasu, a im bardziej go nie miałam, tym trudniej było mi pochwytać za wszystkie sznurki i posprzątać bałagan, który narastał i stawał się coraz bardziej nieogarniony.

Ale już się pozbierałam. W pracy jest super, depresja minęła bezpowrotnie, znów mi się chce. Działam. I im więcej biorę sobie na głowę, tym lepiej jestem zorganizowana. Zapisałam dzieci na mnóstwo fajnych zajęć dodatkowych (angielski, basen, karate). Wygospodarowałam czas także dla siebie - na basen raz w tygodniu i siłownię dwa razy. Zmieniłam sobie godziny pracy na wcześniejsze - wstaję teraz o 5 rano i śmieję się, że jadę do pracy razem ze śmieciarkami i mleczarzem. Dzięki temu mamy więcej czasu po południu na te wszystkie dodatkowe aktywności. Oczywiście - musiałam zaprowadzić sama sobie pewien reżim - o 22 idę spać, uprzednio przygotowując sobie i dzieciom ubrania, plecaki, jedzenie.

Do tego dochodzi nam jeszcze Komunia Kaja w tym roku szkolnym, a co za tym idzie rozliczne spotkania, przygotowania i obowiązkowe msze w Warszawie. No i tradycyjnie - jestem w trójce klasowej, a do tego skarbnikiem, więc spada na mnie organizacja wszelkich imprez klasowych, zakupy, przygotowania itp. Zapowiada się aktywnie.

W tygodniu nie będziemy mieli czasu prawie na nic - jedynie poniedziałki zostawiliśmy sobie wolne - na zakupy, lekarzy, spotkania, wyjścia.

Za to w weekendy będziemy się zasłużenie byczyć na wsi.

Podstawa życia w rodzinie to dobry plan i dobra organizacja :-)))

23:29, maverick.001 , Różności.
Link Komentarze (2) »
czwartek, 01 września 2011
Chorwacja 2011 - fotki.
W bardzo dużym skrócie, bo zdjęć mamy ze 2000. Przeglądowo :-)))
Nin - urocze miasteczko na wyspie:

.

.
Zadar - piękne zabytkowe miasto:

.

.

.
A to już nasz kawałek morza - Arbanija obok Trogiru:

.

.

.

.
Rejs na wyspę Brac:

.

.

.

.

.

.
I jeszcze wycieczka do wodospadów Krka:

Trogir:

.


13:57, maverick.001 , Podróże.
Link Dodaj komentarz »
środa, 31 sierpnia 2011
Fotki. s-LOVE-nia
Słowenia - najpiękniejszy kraj na świecie :-)))
Spędziliśmy tam kilka dni w drodze do Chorwacji. Nocowaliśmy pod namiotem, w obłędnie pięknych Alpach Julijskich, nad turkusowym jeziorem Bled. Pojechaliśmy nad urocze jezioro Bohinj, popłynęliśmy łódką do klasztoru na wyspie (gdzie zadzwoniliśmy dzwonem spełniającym życzenia), wjechaliśmy "pociągiem" milion lat pod ziemię - do jaskini Postojna. Marzy mi się, żeby pojechać do Słowenii na dwa tygodnie. Kto nie był, niech koniecznie pojedzie. Przepiękny, gościnny kraj!

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

09:16, maverick.001 , Podróże.
Link Komentarze (1) »
wtorek, 30 sierpnia 2011
Lato 2011.
No i koniec lata. Mam niedosyt, bo pogoda była fatalna. Całe wakacje spędziliśmy na wsi, ale nie skorzystaliśmy z domu tak, jak chcieliśmy, bo cały lipiec było zimno i padało, potem padało mniej, za to komary żarły wygłodniałymi stadami. Trampolina była ciągle mokra, basenu nawet nie rozłożyliśmy (tak samo zresztą, jak wszyscy nasi sąsiedzi).
Ale mimo wszystko, to było fajne lato. Kaj i Filip bardzo wydorośleli i właściwie siedząc z nimi nie odczuwa się zmęczenia. Świetnie się ze sobą bawią, mają swój świat i zabawy, potrzebują tylko obsługi typu przygotowanie i podanie jedzenia. Uwielbiają budować z klocków lego i potrafią z nich stworzyć wszystko. Są w tym rewelacyjni. Zadziwiający jest Filip, który w wieku 4 lat potrafi składać klocki według instrukcji. Obiecałam chłopcom, że w przyszłe wakacje zabiorę ich do Legolandu - są zachwyceni i nie mogą się doczekać :-))) A ja udałam się do biura podróży, spytałam ile taka przyjemność kosztuje i założyłam lokatę na swoim koncie, żeby uzbierać odpowiednią kwotę i w sierpniu przyszłego roku wywiązać się z obietnicy.
Chorwacja - jak zwykle - bardzo nam się udała. Zwiedziliśmy kilka nowych miejsc, pogoda przez dwa tygodnie była przepiękna, dzieciaki właściwie nie wychodziły z morza. Wygrzaliśmy się, odpoczęliśmy, wyspaliśmy i przywieźliśmy mnóstwo pięknych zdjęć i ocean wspomnień. W Chorwacji - zupełnie przypadkiem - spotkaliśmy się z przyjacielem mojego męża z liceum, który z żoną i córką znalazł się na wakacjach w tym samym co my miejscu i czasie. Znajomi na stałe mieszkają w Austrii, a że są przesympatyczni, spędziliśmy ze sobą dużo czasu. Kaj zaprzyjaźnił się z 10-letnią Miką, która jest bardzo radosną, samodzielną i niezależną dziewczynką - i wiele się od niej nauczył. Szaleli jak pijane zające, w wodzie oboje czują się jak ryby, więc skakali, nurkowali, ganiali się i wariowali. Dla mnie - matki przewrażliwionej - traumatycznym przeżyciem było pozwolenie Kajowi na oddalanie się poza zasięg mojego wzroku w parku pełnym jezior i wodospadów. Ale cóż - dzieci dorastają, trzeba poluzować pępowinę.
Przez resztę wakacji staraliśmy się wyjeżdżać gdzieś co weekend. Do rodziny, znajomych, na imprezy z przyjaciółmi. Dużo przeżyliśmy, świetnie się bawiliśmy, mnóstwo widzieliśmy. Dzieciom staraliśmy się zapewniać atrakcje typu park linowy, basen, plac zabaw. Z wypraw wartych odnotowania - Śląsk. Pojechaliśmy do naszej ulubionej kuzynki, a tam wieeelką ekipą spędziliśmy wspaniały długi weekend, między innymi wjeżdżając i wspinając się na Czantorię, piknikując na szczycie i szalejąc w parku zabaw w Tychach nad jeziorem.
Przez prawie cały sierpień mieszkał u nas 11-letni chłopiec z Niemiec - Kornel. Kaj "zwariował" na jego punkcie. Byli nierozłączni i całkowicie zajęci swoimi sprawami. Kaj bardzo przy Kornelu wydoroślał. Filip zresztą też, bo bardzo chciał uczestniczyć w zabawach starszych chłopców i musiał mocno "równać" do góry, żeby za nimi nadążyć. W każdym razie chłopcy ogromnie się ze sobą zaprzyjaźnili i świetnie się czuli w swoim towarzystwie. Niesamowitym uczuciem dla matki jest obserwowanie, jak dziecko zaczyna tworzyć dorosłe relacje z obcymi ludźmi, jak nawiązuje swoje przyjaźnie.
To lato było zdecydowanie latem Kaja. Przyjaźń z Miką i z Kornelem bardzo go rozwinęła i wzbogaciła. Wszyscy zauważają, że Kaj się zmienił, wydoroślał. Fajny, mądry i przystojny z niego facet :-)))
Nie obyło się też bez kiepskich momentów.
Ja - na przykład - wjechałam w autobus, kasując przód naszego jedynego auta. Na szczęście nikomu nic się nie stało, wbrew pozorom całą sytuację będę wspominać miło, bo mam szczęście do ludzi, nawet mąż się na mnie nie wściekał. Auto już mamy z powrotem, mam nadzieję, że żadne przykrości niespodziewanie już na nas w związku z tym zdarzeniem nie spadną. Mieliśmy pojechać na kilka dni końcem sierpnia nad morze, ale w związku z brakiem auta wyjazd odwołaliśmy i to było w tym wszystkim najbardziej przykre.
Mamy też problem z zębami Kaja. Wbrew wszystkim poszłam z nim do ortodonty, bo niepokoiła mnie niewypadająca górna jedynka. Okazało się, że Kaj ma dodatkowego zęba, tzw, mezjodens, który mu może narobić w szczęce niezłego bałaganu. Był zabieg, wrzask, krew się lała. Kaj nie ma kilku zębów, ma za to szwy na dziąsłach. W tej chwili trwamy w zawieszeniu, goimy rany i czekamy na rozwój wypadków. Dodatkowego zęba nie udało się usunąć, bo najprawdopodobniej jest przyrośnięty do zęba stałego. Za dwa tygodnie kolejna konsultacja.
Wzruszył mnie za to pan chirurg, który zrobił całą tą rzeźnię. W czasie zabiegu zagadywał Kaja i tak sobie rozmawiali o klockach Lego. Na koniec pochwalił Kaja, że był bardzo, bardzo dzielny, zwłaszcza jak na siedmioletniego chłopca. A kiedy Kaj przyszedł do niego na kontrolę trzy tygodnie później, powiedział: "Hej kolego, a ja tu mam coś dla Ciebie" - i podarował mu figurkę Lego, którą Kaj nosił jak trofeum przez cały dzień. My naprawdę mamy szczęście do dobrych i miłych ludzi :-)))
A dwa dni temu wróciliśmy do Warszawy. I był to bardzo miły powrót. Lubimy to nasze wynajęte mieszkanko. Dzieciaki opanowało radosne podniecenie, my też się cieszyliśmy. Przez całe lato dojeżdżaliśmy do pracy do miasta i strasznie te dojazdy były męczące. Na nic nie mieliśmy czasu w tygodniu, trudno było cokolwiek zaplanować. Cieszę się, że znowu wpadniemy w pewien rytm, że będziemy mieli czas na dodatkowe zajęcia. Dzieciaki cieszą się na myśl o powrocie do szkoły/przedszkola, więc chyba nie jest im tam źle.
I tyle u nas. Może jutro się zbiorę i wkleję jakieś zdjęcia?
20:25, maverick.001 , Różności.
Link Komentarze (2) »
środa, 29 czerwca 2011
Streszczenie.
Tak się jakoś pozmieniało, że nie mam czasu ani serca do bloga. Ale nie chcę go też likwidować, bo w końcu to kawał mojego życia :-))) Być może kiedyś będę tu wpadać częściej - tymczasem musicie mi wybaczyć, że piszę raz na kilka miesięcy. Będę pisać nadal, tyle że pewnie nadal niezbyt często :-)

Życie na dwa domy fajnie nam się sprawdziło. Myślę, że po pół roku coś już mogę na ten temat powiedzieć. Jest nam naprawdę dobrze. Lubię zarówno nasze zwariowane, pracowite, wypełnione atrakcjami miejskie życie w tygodniu, jak i leniwe, dające wytchnienie weekendy w domu. Gdybym dzisiaj musiała zrezygnować z któregoś "mieszkania", byłoby mi smutno. W obu miejscach czujemy się dobrze i u siebie. Zimą więcej czasu spędzaliśmy w mieście, teraz latem gnamy na wieś w każdej wolnej chwili. Za chwilkę zresztą zamykamy na dwa miesiące nasze warszawskie mieszkanie i przeprowadzamy się na stałe (do września) pod miasto. Bo tam jest ogródek, basen, plac zabaw i świeże powietrze. I tak sobie myślę, że znam kilka przypadków ludzi, którzy mieli dwa domy - zimowy w mieście i letni pod miastem, i chyba tak należy te nasze mieszkaniowe przeżycia traktować. Gdybym mogła wybierać, chciałabym mieć do końca życia właśnie dwa domy, bo dzięki temu mamy wszystko to, co obie te sytuacje oferują. Tak, jestem szczęśliwa :-)))

Synkowie też są super. Kaj, który poszedł rok wcześniej do szkoły (omijając zerówkę) przeszedł przez pierwszą klasę jak burza. Ma wspaniałą wychowawczynię i rewelacyjną klasę. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby być lepiej. Zajął trzecie miejsce w konkursie matematycznym, a konkurował przecież z dziećmi o rok starszymi. Dostał, jako jedno z sześciorga dzieci, nagrodę za wzorowe zachowanie i postawę na świetlicy. Na zakończeniu roku szkolnego otrzymał dyplom i nagrodę podczas głównej ceremonii z rąk dyrektorki szkoły, ponieważ jest w gronie najlepszych uczniów w szkole. Jestem z niego dumna jak paw!!! Do tego wszystkiego jest ładnym, uśmiechniętym, grzecznym i przytulaśnym chłopcem. I jest mądrym i dobrym człowiekiem o wrażliwym sercu.
Filipek dzisiaj kończy cztery lata! To największa przylepa świata. Trochę łobuziak, bardzo samodzielny i lubiący robić rzeczy po swojemu. Jednocześnie mądre, ciepłe, radosne, otwarte dziecko, bardzo kochające ludzi i okazujące wszystkim sympatię. Taki pozytywny promyczek cieszący się życiem. Na "naszym" Powiślu znają go wszyscy sprzedawcy, dozorcy itp. Chodzi do swietnego przedszkola, i chociaż sam przyznaje, że jest mu w nim dobrze, lubi panie i dzieci z grupy oraz świetnie się rozwija - nie jest fanem edukacji przedszkolnej. Podobno mój mąż nigdy nie zaadaptował się do przedszkola i Teściowa musiała siedzieć z nim w domu - widocznie Filipek ma to po Tacie :-)))

Wakacje zaczęły się nam na początku czerwca. Ponad dwudziestoosobową paczką pojechaliśmy na trzy dni na żagle na Mazury. Było cudownie! Słońce grzało przez cały czas, wiatr wiał, towarzystwo było rewelacyjne. Dzieci oczywiście zostały z Dziadkami w domu, impreza była dla dorosłych :-) Odpoczęliśmy, naładowaliśmy akumulatory i nabraliśmy smaku na więcej żeglowania. Niedługo wyjeżdżamy na dwa tygodnie do Chorwacji (ach, jak my kochamy Chorwację :-)), z trzydniowym międzylądowanie w Słowenii - pod namiotem, w Alpach Julijskich, nad jeziorem Bled. Do Chorwacji jedziemy w inne miejsce niż w zeszłym roku, gdyż nie udało nam się zarezerwować w Podgorze odpowiedniej ilości apartamentów (za późno się za to zabraliśmy). Z jednej strony szkoda, bo było naprawdę pięknie. Z drugiej - poznamy lepiej inne miejsca, przeżyjemy coś nowego. Zresztą okolica gdzie będziemy (Trogir) obfituje w atrakcje. Czekamy na ten wyjazd niecierpliwie.
A potem będziemy siedzieć w naszym ogródku. Może wyskoczymy na dwa weekendy - na Mazury pod namiot i nad morze do mojej cioci, zobaczymy.

Dzisiaj świętujemy urodziny Filipka, jutro naszą dziesiątą rocznicę ślubu :-))) I tyle u nas.
10:25, maverick.001 , Różności.
Link Komentarze (5) »
czwartek, 12 maja 2011
Nerwica.
Naprawdę nie miałam pojęcia, że tak dawno tu nie zaglądałam.

U nas trochę zmian, ale nic spektakularnego :) Skończył mi się urlop wychowawczy i wróciłam do pracy. Mąż co prawda kusił, żebym jeszcze została w domu do końca czerwca, ale - chyba po raz pierwszy w życiu - zamiast trząść portkami i odwlekać złe jak długo się da, postanowiłam rozwiązać problem od razu. Od samego myślenia, że będę musiała w końcu wrócić do znienawidzonej pracy, zżerał mnie stres. Tak, kochani, ostatnie pół roku to był koszmar. W nowej pracy nabawiłam się takiej nerwicy, że wylądowałam na ekg z ostrym bólem w klatce piersiowej, a brzuch bolał mnie już tak, że spałam z termoforem. I tak przez kilka miesięcy. Przy okazji mój zestresowany umysł wmówił mi, że to na pewno rak jajnika, więc zaczęłam wędrówkę po lekarzach. Raka jajnika nie mam, co wykazały trzy usg i markery ca-125 (które odebrałam po trzech tygodniach od zrobienia, bo tak bardzo się bałam tego co zobaczę). Za to znaleziono mi kilka innych fajnych rzeczy przy okazji, więc nadal wędruję po lekarzach i jeszcze trochę to potrwa. Ale spokojnie, nie wybieram się na razie na tamten świat :-)
Wracając do meritum - wróciłam do pracy. I kiedy zobaczyłam to miejsce i porozmawiałam z ludźmi, kiedy wróciły do mnie te wszystkie uczucia sprzed urlopu - złożyłam wypowiedzenie. Stwierdziłam, że szkoda mi życia na zajmowanie się czymś czego nienawidzę i spędzanie większości dnia w miejscu, którego szczerze nie znoszę.
I powiem wam, że z jednej strony spadł mi kamień z serca, bo siłą nikt mnie tam więcej nie zaciągnie. Ale z drugiej strony, bardzo mi było smutno, że przez jakiś czas nie będę pracować. Chodzenie do pracy wprowadza pewien ład i regularność w życie, motywuje do dbania o siebie, sprawia że umysł jest bystry i gotowy do działania. Tłumaczyłam sobie, że będe przecież dbała o dom, chodziła na siłownię, czytała książki i spotykała sie z ludźmi, ale to nie to samo. "Niepracowanie" rozleniwia mózg i ciało.
Szczęśliwie dla mnie życie znalazło najlepsze rozwiązanie - udało mi się wrócić do starej firmy, na moje stare stanowisko :-)))
I wiecie co? Jest super. Mam uczucie, jakbym przez całą zimę była w wielkiej czarnej dziurze, a z nadejściem wiosny wyszła wreszcie z tego dołu i zobaczyła słońce. Na własnej skórze odczułam, jak stres potrafi zniszczyć w kilka miesięcy zdrowy organizm i się przeraziłam. Wierzę, że w skrajnych przypadkach stres może zabić, organizm naprawdę zaczyna wysiadać.
Ale znowu jest ok. Przedziwnym trafem wraz z odejściem z firmy przestał mnie dopadać ból brzucha i serca, więc to chyba naprawdę była nerwica. Oby.

18:52, maverick.001
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 marca 2011
Wiosna.
O Matko, od kilku tygodni w weekendy same imprezy. A to jeszcze nie koniec. Są u nas takie okresy w roku, kiedy to pół rodziny i cała rzesza znajomych obchodzi różne swoje urodziny itp. Marzec to taki gorący czas, potem lipiec, następnie listopad. Staramy się pomiędzy te imprezy wcisnąć wiosenne porządki w ogrodzie, naukę czytania, przygotowywanie wielkanocnych zajęcy na szkolny konkurs i jazdę konną. Jakoś się udaje, ale na nadmiar czasu wolnego nie narzekamy :-)
Nie wiem, czy pisałam o tym, ale jesienią chłopcy zaczęli chodzić "na konie". Filip trochę się bał, bo ten koń taki wielki przecież, ale Kajowi się podobało. Byli kilka razy, a potem mieli długą przerwę przez zimę. Teraz znowu zaczęliśmy i jest super. Chłopcy zachwyceni, mogliby nie schodzić z konia. Chętnie robią wszystko, co każe instruktor i chcieliby częściej i dłużej :-)))
A ja w piątek wracam do pracy i na samą myśl o tym mam mdłości. Tak dobrze mi się siedzi w domu z Filipkiem. Chodzimy na spacery, zwiedzamy, korzystamy. Pół dnia szaleliśmy ostatnio w Centrum Nauki Kopernik (Filip zachwycony maksymalnie), byliśmy na "Ferdynandzie Wspaniałym" w Teatrze Bajka, w Hula Kula na kulkach. A tyle mam jeszcze pomysłów. Chłopaki niecierpliwie dopytują kiedy pójdziemy do Muzeum Wojska Polskiego pooglądać czołgi i samoloty, mają też obiecaną wycieczkę na 30 piętro Pałacu Kultury, żeby pooglądać Warszawę z góry. Chciałabym też zabrać ich do Muzeum Powstania Warszawskiego i koniecznie do Muzeum Ewolucji. I kiedy ja mam to wszystko zrobić? :-)))
08:53, maverick.001 , Różności.
Link Komentarze (1) »
środa, 09 marca 2011
W samo sedno.
http://dziecko.onet.pl/60380,0,11,podmiejska_sielanka,artykul.html
Z tego właśnie się wyrwałam i za żadne skarby nie chcę wrócić. I z tego co widzę moja rodzina nie ucierpiała na tym, że chodzę do pracy, a wręcz jakimś cudem wszyscy są szczęśliwsi.
Nie chcę być Matką Polką Podwożącą, jak większość moich podmiejskich koleżanek, które zrezygnowały z pracy, aby usprawnić logistykę rodziny.
11:36, maverick.001 , Różności.
Link Komentarze (3) »
wtorek, 08 marca 2011
Powiśle.
Uwielbiam mieszkać na warszawskim Powiślu. Ba, ja to kocham. To miejsce jest magiczne, ma tyle uroku, że jeszcze ani przez moment nie żałowałam naszej przeprowadzki. Mam pięć minut spacerem na bulwary nad Wisłę, dziesięć minut spacerem na Stare Miasto, Krakowskie Przedmieście, do Centrum. Wszędzie dookoła kina, teatry, place zabaw. Śródmieście, a jednak wokół cisza, spokój, dużo zieleni. Spacerujemy sobie z Filipkiem w wiosennym słońcu po skarpie na której leży Stare Miasto, wzdłuż starych murów, oglądamy różne piękne budynki - i piękna jest ta "nasza" Warszawa, którą pomału odkrywamy dla siebie. I jeszcze kocham te małe sklepiki ze świetnymi ciuchami, stragany z kwiatami, piekarnię z ciepłymi pasztecikami i gorącą czekoladą naprzeciwko. I niewielkie zakłady usługowe na każdym kroku. Takie miasto w mieście.
Wspaniałe jest też to, że mam pięć minut z domu do szkoły i przedszkola chłopaków. Dzięki temu dużo wcześniej zaczyna nam się popołudnie i zabawa. I nareszcie możemy wspólnie całą rodziną zjadać obiady :)
Szkoła też jest świetna - nieduża, małe klasy, wysoki poziom, dużo zajęć dodatkowych, świetna organizacja i współpraca z rodzicami. Dwa boiska i dwie sale gimnastyczne, dużo ruchu dla dzieciaków. Przedszkole rewelacyjne pod każdym względem, dużo można by opowiadać.
Z minusów - strasznie się tu kurzy. I jeszcze nie znalazłam fajnej siłowni w okolicy.
Z przyjemnością jedziemy w piątek do domu za miasto, ale też bez żalu wracamy w niedzielę wieczorem na nasze Powiśle. Jest nam wszystkim naprawdę dobrze. Cieszę się, że przez krótki moment w życiu jest mi dane tu pomieszkać.
19:48, maverick.001 , Warszawa
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 lutego 2011
Austria.
Nasz dom:

Kaj w szkółce narciarskiej:



Filipek w szkółce narciarskiej:

I już sam na oślej łączce:

Medalista:

Widoczki:













Relaks w termach:

10:18, maverick.001 , Podróże.
Link Komentarze (1) »
czwartek, 24 lutego 2011
Białe szaleństwo.
W niedzielę wróciliśmy z narciarskiego wyjazdu do Austrii. Po latach jeżdżenia w Polsce i na Słowacji - po raz pierwszy byłam na nartach w Alpach. Cóż mogę powiedzieć - jedno wielkie WOW!!! Narty mojego życia, nigdy już nie chcę inaczej.
Podobało mi się wszystko - apartament, miejscowość, trasy, organizacja, atmosfera. Baseny termalne u podnóża stoku trzy minuty od "domu", piękne widoki, świetna kadra instruktorska. Dzieciaki szalały w szkółkach narciarskich - Filip miał po raz pierwszy w życiu narty na nogach, a już jeździ, skręca, hamuje, jedzie gdzie chce i panuje nad nartami, sam wjeżdża na wyciągu :-))) Kaj wskoczył grupę wyżej niż w zeszłym roku - jeździ już z samego szczytu, zaczyna jeździć karwingowo, czyli doszliśmy do etapu doskonalenia techniki :-))) Ogólnie zaliczyliśmy tydzień wspaniałego białego szaleństwa i wróciliśmy zachwyceni. W przyszłym roku chcielibyśmy wyjechać na dwa tygodnie, bo ten tydzień za szybko przeminął.

Oczywiście wkleję zdjęcia, tylko mąż musi mi je przegrać na komputer, bo na razie nie mam do nich dostępu.
10:56, maverick.001 , Podróże.
Link Komentarze (1) »
piątek, 28 stycznia 2011
Dobrze mi.
Zawodowo - siedzę chwilowo na zwolnieniu z Filipkiem, który bierze antybiotyk, bo miał zapalenie ucha. Złożyłam w pracy podanie o dwumiesięczny urlop wychowawczy, a potem zobaczymy. Ale nie chcę tam wracać, brrrrrr.

Filip jest najrozkoszniejszym dzieckiem świata. Już pomijam fakt, że wszyscy w rodzinie mają do niego słabość, ale śmieją się do niego ludzie na ulicy, a najczęściej kierowane pod jego adresem przez lekarzy, sprzedawczynie i nauczycieli słowo, to "uroczy". To chyba dlatego, że on ma w sobie jakąś taką tęczę i sieje kolorami naokoło. Taki z niego pozytywny, uśmiechnięty promyczek.

Pomimo nieciekawej sytuacji w pracy, ogólnie jest fajnie, czuję że nasze życie jest we właściwym miejscu. Dzieciaki są cudowne, uwielbiam życie w Warszawie, niedługo jedziemy na narty, organizuję czadowy bal karnawałowy w naszym domu i odkryłam niesamowity musical ("Les Miserables"), który wniósł mnóstwo pięknej muzyki i pozytywnych emocji do mojego życia.
Idę śpiewać :-))) Pa
13:19, maverick.001 , Różności.
Link Komentarze (3) »
czwartek, 20 stycznia 2011
Źle i dobrze.
Siedzę sobie w mieszkaniu. Nie chodzę do pracy, bo Filip znowu chory. Nie pisałam o tym, bo i po co, ale od listopada właściwie jedna choroba za drugą. Z dziećmi siedzę ja.
No i w poniedziałek mi się dostało od szefowej. Powiedziała, że chyba powinnam zrezygnować z pracy, skoro mi dzieci ciągle chorują. Nie była to miła rozmowa. Rozumiem ją, taki pracownik, którego ciągle nie ma to zakała. Z drugiej strony - przecież nie robię tego celowo. Jeżeli teraz zrezygnuję z pracy, to co dalej? Kiedy zarobię na swoją emeryturę? Poza tym dzieci nie chorują ciągle, co będę robić, kiedy zdrowe będą siedziały w szkole?
Tak naprawdę nie wiem, jakie jest właściwe rozwiązanie problemu. Wrodzone poczucie uczciwości kazałoby mi rzeczywiście zwolnić się i siedzieć w domu. Ale rozsądek mówi, że przecież jestem matką, która ma jakieś prawa i musi wychowywać swoje dzieci, a do moich obowiązków należy też pielęgnowanie dzieci podczas kiedy chorują. Prawo jest po mojej stronie. Matka też ma prawo pracować poza domem, a nie każdy ma babcię, która posiedzi z dzieckiem, kiedy jest chore. Marnie w tej naszej Polsce z polityką prorodzinną.

Generalnie nie poprawia to mojego nastawienia do pracy, której i bez tych kłopotów nie lubię. Ogólnie zawodowo mogiła. Jest coraz gorzej i na pewno długo już nie zostanę w tej firmie.

Poza tym fajnie. W mieszkanku mieszka się wygodnie. Jest małe i przez to siedzimy ciągle razem, ale dzięki temu więcej się ze sobą bawimy i rozmawiamy. W domu jest więcej przestrzeni, zabawek i możliwości - można od siebie odpocząć i każdy ma więcej przestrzeni dla siebie, ale też bardziej indywidualnie organizuje sobie czas. Cieszę się, że możemy korzystać z tego co najlepsze w obu rozwiązaniach - jesteśmy blisko, a jednocześnie możemy od siebie odpocząć; korzystamy z miejskich przyjemności i udogodnień, ale kiedy chcemy wracamy do naszego wiejskiego spokoju i "nudy". Dzieciaki, wbrew obawom, wyglądają na bardzo zadowolone. Może dlatego, że my ogólnie jesteśmy dość mobilną od zawsze rodziną. Znam ludzi, którzy przez całe życie mieszkają w tym samym mieście, kupują mieszkanie w bloku obok rodziców, dzieci posyłają do szkoły do której sami chodzili, a po jabłka, do fryzjera i do lekarza chodzą od wieków w te same miejsca. Dla takiej rodziny jakakolwiek przeprowadzka byłaby traumą. My ciągle coś zmieniamy, dużo podróżujemy, kilka razy się przeprowadzaliśmy - więc nasze dzieci łatwo adaptują się do nowych warunków. Jednocześnie w całej tej zmienności zachowujemy bardzo dużo punktów stałych, niezmiennych i niczego nie robimy szokowo, co daje dzieciom poczucie bezpieczeństwa i ciągłości. To ewolucja, a nie rewolucja. Myślę, że z takich sytuacji można wyciągnąć też wiele dobrego, że dzieci z takich rodzin jak nasza szybko uczą się otwartości na zmiany, odwagi do podejmowania wyzwań i tego, żeby iść do przodu, bo świat jest wielki i ciekawy i ma tak wiele do zaoferowania :-))) Być odkrywcą, podróżnikiem, ale mieć zawsze bezpieczny port, swoje miejsce na ziemi do którego można wrócić i odpocząć. Tego staram się ich nauczyć.
Bardziej przyziemnie - dzieciaki są weselsze, bardziej wypoczęte i spokojne. My - dorośli - też. Więc chyba jest i będzie dobrze :-)))
13:38, maverick.001 , Różności.
Link Komentarze (1) »
piątek, 07 stycznia 2011
Nowe mieszkanie.
No to zaczęliśmy nowy etap w życiu. Pierwszego wieczoru czułam się w nowym mieszkaniu trochę nieswojo, ale po wniesieniu własnych gratów i wyszorowaniu wszystkiego to uczucie minęło. Nie wiem dlaczego, ale to mieszkanie jest jakieś takie nasze. Zadziwiająco szybko wszyscy się w nim zaadaptowaliśmy, tak jakby ta sytuacja była czymś naturalnym. Po prostu zaczęliśmy w nim żyć. Wiadomo, że na dłuższą metę to mieszkanko nie wchodzi w grę, ale jako mieszkanie służbowe jest super. Mam nadzieję na niewielki przypływ gotówki, wtedy kupię jeszcze kilka drobiazgów i będzie ekstra. Jedyne, co bym chciała zmienić, to łóżko w pokoju chłopców - wcześniej  była to sypialnia z dużym małżeńskim łożem. Jeżeli zdecydujemy się tam zostać na dłużej niż pół roku, to poproszę właściciela, żeby zabrał to łóżko, a dzieciakom kupię piętrowe. Trochę się bałam, że chłopcy będą tęsknić za domem, do którego są bardzo przywiązani, ale ze zdziwieniem muszę stwierdzić, że nic takiego nie nastąpiło. Kaj wydaje się być spokojniejszy i bardziej zrelaksowany niż dotąd - wszyscy zgodnie potwierdzają, że on musiał być już strasznie zmęczony dojazdami i brakiem czasu. Z plusów, jakie zauważam na szybko dla naszej rodziny:
1. Brak dojazdów do szkoły/przedszkola
2. Więcej czasu na relaks i zabawę, dłuższy sen
3. Mniej sprzątania (naprawdę jestem w szoku, jak łatwo jest utrzymać czystość w 50 metrowym mieszkaniu. W porównaniu z czasem, który trzeba poświęcić domowi, żeby osiągnąć ten sam efekt - niesamowite. Rozumiem już kuzynkę, która przeprowadziła się do mieszkania w mieście i powiedziała, że wcale nie tęskni za domem i za tym, że w nim wiecznie jest coś do zrobienia. Ja przez pierwsze dwa dni z lekką paniką rozglądałam się wokół i nie miałam co robić, bo wszystko było zrobione!!!)
4. Szybki internet i telewizja kablowa
5. Możliwość długich, obfitych kąpieli/pryszniców. Jako że brak jest na naszej ulicy na wsi kanalizacji, musimy korzystać z szamba, co każdego w momencie uczy oszczędzania wody, gdyż szambo zapełnia się bardzo szybko, a wywóz jest koszmarnie drogi.

Myślę, że będzie dobrze. Oczywiście wkurzające jest wożenie w tę i z powrotem rzeczy, których nie da się zdublować (i zawsze się czegoś zapomni), ale myślę, że to kwestia przyzwyczajenia się i odpowiedniej organizacji, której musimy się jeszcze nauczyć.

A tak w ogóle to strasznie lubię to uczucie bycia w centrum miasta. Normalnie wieczorem trudno jest się wyrwać ze wsi i coś jeszcze porobić, bo zanim się dojedzie i wróci - brak sensu. Tymczasem tu wychodzę na ulicę i zatyka mnie ogrom możliwości. Fajne to :-)))
13:36, maverick.001 , Mieszkanie
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 50